Strony

czwartek, 25 lutego 2016

Matche, matche!

Witaj piękny świecie Au Pair. Dzisiaj zamierzam wam trochę poopowiadać o rodzinkach, które do tej pory pojawiły się na moim roomie. Było tego dość sporo, choć ponad połowa odpadła już na starcie. Cóż... let's get started!

1. New Mexico, Albuquerque. 9.12.2015


Po otwarciu roomu czekałam niecały tydzień na pierwszą rodzinkę. Byłam zaskoczona, gdyż nie miałam na stronie wymaganego filmiku. Wtedy wydawało mi się to wielką rzeczą, pierwszy raz widziałam aplikacje, którą wypełniają hości, oglądałam zdjęcia i oczywiście, cieszyłam się jak głupia. Od razu dostałam e-maila od hostki, dlatego weszłam na niego szybko. Im więcej przeczytałam, tym gorzej się czułam. Wydawała się to być dobra opcja dla mnie, dwójka dzieci, dziewczynki w wieku szkolnym, środek stanów, duży dom, pies. Niestety, chcieli mnie od kwietnia. Ze względu na maturę (pls, nie wspominajmy o tym za często) do czerwca nie mogę się ruszyć z Polski. Z tego względu podziękowałam im za fatygę. Jednak, napawało mnie to optymizmem, gdyż rodzinka szukała swojej dziewiątej Au Pair, co tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że moja aplikacja jest dobra, nawet jeśli nie mam jeszcze filmiku.

2. New York, Flushing. 21.12.2015




Za drugim razem było już trochę mniej ekscytująco. W spokoju przejrzałam profil rodzinki, starając się nie przywiązywać. Zmartwiło mnie to, że nie napisali do mnie od razu, ale postanowiłam, że tym razem to ja wyjdę z inicjatywą. Kiedy nie odpisali po ponad tygodniu, usunęłam ich z mojego roomu, nie chcąc go sobie blokować. Tak, wiem, że były święta, ale co jest trudnego w skleceniu trzech zdań po angielsku? Dzieciaki mi odpowiadały, bo również była ich dwójka w wieku szkolnym, jednak wolałam się nie pchać do rodziny, która w ogóle nie liczy się z moim czasem i nie zwraca na mnie uwagi. Badass, I know.

3. Massachusetts, Hingham. 15.01.2016




Jak wyżej, rodzinka nie odezwała się do mnie po tygodniu. Szczerze mówiąc nie pamiętam jej dobrze. Wydaje mi się, że także była dwójka dzieci, jedno w wieku szkolnym, a drugie młodsze. Nie mieli wielu zdjęć, grafik też nie powalał. Już bez skrupułów wywaliłam ich z mojej stronki, licząc, że kolejny match przyjdzie szybciej.

4. Connecticut, Westport. 19.01.2016



Tym razem czekała mnie miła odmiana. Od razu przejrzałam cały profil rodzinki. Miałabym się zajmować dwoma chłopcami, pięciolatkiem i trzylatkiem. Na pierwszy rzut oka wydawali się być naprawdę sympatyczni. Jednym z powodów, dla którego mnie wybrali, było to, że posiadają dużego psa i widzieli na filmiku, że również takowego mam. W e-mailu hostka przedstawiła mi całą rodzinę oraz historie ich czworonoga, który był wzięty ze schroniska. Wszystko wydawało się być spoko, jednak po raz kolejny, chcieli mnie od kwietnia lub maja. Życie ssie.

5. Oklahoma, Midwest city. 22.01



To był dziwny match. Dziadek, któremu zmarła żona w wypadku, zajmujący się swoją wnuczką. Brzmi trochę strasznie. Do tego dochodziły ograniczone prawa rodzicielskie i inne dziwne sytuacje. Nie chciałam się w to mieszać, choć nie ukrywam, rozmawiałam z owym dziadkiem na skype. Wydawał się być w porządku, jednak wyjazd ma być dla mnie najlepszym rokiem pod słońcem, dlatego wolałam poszukać czegoś stabilniejszego. W międzyczasie miała się odbyć rozprawa o przyznanie pełnych praw dziadkowi, także muszę przyznać, na pewno nie byłoby nudno, jednak podziękowałam. Co prawda mieli campera i dużo jeździli po stanach, ale to i tak nie zdołało mnie przekonać. Nie-e, dziękuje, następni.

6. Virginia, Vienna 26.01.2016



Kolejny match widmo, zero wiadomości ani dodatkowych informacji. Pierwszy raz spotkałam się z aplikacją, w której nic nie było napisane. Możliwe, że był to jakiś błąd, jednak zdjęcia też nie napawały optymizmem, dlatego szybko się ich pozbyłam.

7. Maryland, Rockville. 28.01.2016



Pierwsze zderzenie z inną kulturą - muzułmanie. Oczywiście nie mam nic przeciwko, ale to również nie wypaliło. Dzieciaki wydawały się być w porządku, jednak zniechęcił mnie młody wiek hostów. Z tego co napisali w swojej aplikacji byli małżeństwem z małym stażem, a także nie mieli wcześniej Au Pair, co wpłynęło na to, że grzecznie im podziękowałam i usunęłam z roomu.

8. Illinois, Glencoe 02.02.2016



Rodzinka świetna, dzieciaki cudowne, duży dom, pies, fajna okolica. I co? Nic. Niespodzianka, chcą mnie od kwietnia. Szerze mówiąc nie byłam zdziwiona. W tym momencie odrobinę się zniechęciłam, jednak dalej czekałam na swój PM.

9. New York, Larchmont 03.02.2016



I tak oto dotarliśmy do mojej obecnej rodzinki, która nadal wisi na moim roomie. Szczerze mówiąc jestem przekonana, że będzie to mój PM, ale na razie nie chce zapeszać. Poznałam już wszystkich członków rodziny, zaczynając od rodziców, przez obecną Au Pair i dzieciaki, aż do kota. Na pewno opowiem o nich więcej w przyszłości.

niedziela, 14 lutego 2016

Walentynki 2016


Tak, tak, nadszedł ten znienawidzony przez singli dzień, w którym 95% par chce pokazać jak bardzo się nawzajem kochają (przynajmniej przez te kilka godzin). A mnie szczerze to tak bardzo nie rusza. Nie rozumiem tego podziału na zwolenników i przeciwników. Dla mnie to po prostu kolejny fajny dzień, który jest idealną wymówką do jedzenia słodyczy i robienia babeczek/ciastek/innych dobrych cudów, które wyczaruje moja siostra. Więc, nie wiem jak wy, ale ja walentynki spędzam właśnie tak:


Ukochana osoba jest? Jest! Jedzenie? Jest! Łóżko i rozciągnięta bluza? Są! Czy może być coś lepszego? Nie-e, zdecydowanie nie. 
No ale dobra, zrobiłam parę fajnych rzeczy, którymi zamierzam się wam pochwalić, jako moimi dobrymi sposobami na spędzenie tego dnia, bez zbyt dużego wysiłku, potu i łez.

Po pierwsze, dobry prowiant. Jeżeli jesteście taką osobą jak ja, to bez tego ani rusz. Z tego względu zabrałam się (z małą-dużą pomocą) za zrobienie babeczek oraz ciastek.






I cóż... Może na pierwszy rzut oka wyglądają w porządku, jednak nie były. Nie wiem jak to się dzieje, że robię wszystko według przepisu, a one i tak nie wychodzą. Nie mam pojęcia, ale! Mam ferie i mimo, że leże zakatarzona w łóżku, to postanowiłam wyszkolić się na super masterchefa, żeby bez przypału zrobić chociaż jakiś dobry obiad (tak, robię to tylko ze względu na mój wyjazd do stanów). Moja siostra jest super kucharką, więc mam nadzieje, że mam w swojej krwi chociaż procent jej talentu i pójdzie mi dobrze (hahahha...).




Ciasteczka wyszły zdecydowanie lepiej, co jest zasługą powyżej wymienionej. Tak, przyznaje się, ja je tylko wycinałam i jadłam. Czemu to właśnie ja dostałam umiejętności humanistyczne, po których i tak nie dostane pracy?

Drugą propozycją są zakupy. Tak, tak, zaprzeczam sama sobie, ale cóż... Kto nie lubi pooglądać różowych, cukierkowych rzeczy? Do tego są wam potrzebni znajomi lub rodzina, chociaż jeśli lubicie od czasu do czasu być emo, jak ja, to śmiało, idźcie sami.





Podobno misie są najbardziej przereklamowanym prezentem, ale szczerze mówiąc, jako poprawna, wieczna singielka, muszę przyznać, że sama chciałabym takiego dostać. Na łóżku dalej mam mnóstwo miejsca, więc śmiało! Nie krępuj się. Wszystkie przyjmę z szeroko otwartymi ramionami.


Na koniec zostawiłam rzeczy, dzięki którym poczułam się artystycznie spełniona. Postanowiłam zrobić coś ciekawego i jak zwykle, miało być tego dużo więcej, ale jestem leniem, więc pls, wybaczcie.

Na pierwszy strzał lecą słoiki, które są urocze i pomalowane do kształtu serduszka. Nie wyszło mi to najlepiej, ale szczerze? Myślałam, że będzie o wiele gorzej ^.^ 


Okej, z tego jestem dumna najbardziej i nie chodzi mi o M&Ms'y. Zrobiłam miskę w serduszka! Oooo tak. Dalej w to nie wierze, ale udało się! Znacie te małe plasteliny, które zawsze leżą w empiku i w sumie nie wiadomo do czego służą? To właśnie z nich powstało to cudo. Wystarczyła foremka do ciasteczek i szklanka. Simple, but effective.

Ewentualnie, jeżeli nie chce Wam się nic robić, to zabierzcie jakąś fajną osobę, nauczyciela, znajomego, przyjaciółkę, sąsiada, albo siostrę, zaparzcie herbatę i cieszcie się miękką kanapą i kolejną częścią Harry'ego Pottera, którą oglądacie po raz pięćdziesiąty.



Nie ważne, że jesteście singlem/w związku/do końca nie wiecie/małżeństwem/czy cokolwiek innego, możecie ten dzień spędzić przyjemnie, z uśmiechem na ustach. A jeżeli lubisz być sam, to weź swojego ukochanego laptopa na spacer do lasu i poczytaj w nim moje posty. Może poczujesz się mniej smutny? Bawcie się dobrze!




Moje rysunki

Cześć kochani! 
To mój pierwszy post i nie mam pojęcia co robię, ale postaram się dziś pokazać, jak bardzo jestem utalentowana. (Albo jak bardzo mi się zdaje ze jestem...)   

Najbardziej lubię malować oczy, więc je jako pierwsze dodaje, potem są mandale. (Które zazwyczaj maluje na lekcji, zamiast uczyć się do matury, ale komu ona jest potrzebna.) 
Liczę na to, że moje prace wam się spodobają. Są one z 2014 roku, więc mam nadzieje, że od tej pory maluje już trochę lepiej,choć szczerze w to wątpię. ;)






Może jeszcze trochę o moim malowaniu. Zaczęłam malować w gimnazjum dzięki pani z plastyki, która chyba widziała we mnie jakiś potencjał czy coś takiego, albo po prostu była to jej praca, co jest bardziej prawdopodobne.
Zazwyczaj maluje tylko ołówkiem, rzadko kredkami, choć mam ich wielkie pudło. 
Kończąc, życzę wam wszystkim szczęśliwych walentynek :* 







piątek, 12 lutego 2016

Jak NIE poprawiać sobie humoru

Jak NIE poprawiać sobie humoru, czyli przepis na to jakich błędów nie popełnić, gdy twój dzień jest do dupy, ale nie chcesz, żeby twoje życie było jeszcze gorsze. I tak, nie zrób tego samego co ja, bądź mądrzejszy! Przymruż oko!

Tak, mój kciuk jest dziwny, wiem.


1. Nie pisz do wszystkich swoich znajomych z głupimi żartami, w nadziei, że zrozumieją, jak bardzo zdesperowana jesteś. To w 99% przypadków nigdy nie działa, potwierdzone info. Zamiast tego wyciągnij zeszyt, który chowasz pod materacem swojego łóżka, wmawiając sobie, że wcale nie jest on Twoim pamiętnikiem i napisz, jak beznadziejnie się czujesz.


2. Nie idź na zakupy do galerii, w celu "pooglądania" fajnych rzeczy. Jedynie się załamiesz, że musisz oszczędzać i na nic cie nie stać. Z tego nie ma dobrego wyjścia. Pozostaje ci jedynie udać się do starbucksa, w celu pogapienia się na przystojnych baristów. Może akurat jeden z nich zrobi Ci darmową kawę.

Kto nie lubi brzydkich świątecznych swetrów w lutym? Nikt.

3. Nie jedz słodyczy, bo będziesz gruba i nie zmieścisz się w swoje spodnie. Możesz równie dobrze ubrać swoje sportowe buty oraz sportowe ubrania i iść pobiegać... oks, bez przesady. Jednak zawsze zostaje zielona herbata!.



4. Na pewno nie ucz się matmy. Myślę, że tego nie trzeba tłumaczyć... Niestety jak jesteś maturzystą to nie masz wyjścia, nawet jeśli są to bryły, których nie potrafisz narysować, a co dopiero rozwiązać z nich zadania.

Przynajmniej mam fajnego korepetytora.

5. Nie wyobrażaj sobie wspaniałego życia, bo gdy wrócisz do rzeczywistości będzie ci smutno. Chyba każdy to zna. W swojej głowie masz wizje dużego domu z ogrodem, psem i młodym Leonardem DiCaprio, który robi dla ciebie ciasto albo babeczki. Ostatecznie możesz zrobić kolorowe naleśniki. Cóż, nie są to może babeczki, ale nadal coś dobrego.






7. Nie oglądaj puszystych zwierzątek na tumblerze, bo spędzisz na tym kilka godzin a sprawdzian z matmy kolejnego dnia sam się nie napisze. Again, nauka ssie. Fajnie by było, gdyby chociaż zapewniała jaką taką przyszłość. hohoho, szkoda, że nie w naszym kraju...


8. Nie włączaj teledysków kpopowych. Nigdy nie będziesz tak tańczyć, nawet się nie oszukuj. Jesteś zbyt leniwa, by znaleźć jakąkolwiek szkołę tańca w pobliżu, a co dopiero uczęszczać na regularne treningi, tak jak to robiłaś kiedyś. Starzejesz się.




9. Nie odświeżaj co chwile swoich "social media" i tak nikt cie nie lubi. Snap? To tylko selfie, jednej z dziewczyn ze szkoły. Facebook? Kolejne powiadomienie, że Twój nauczyciel dodał coś na swoją super naukową grupę. Instagram? Like for like. Ewentualnie zostaje jeszcze e-mail, na którego przychodzą same reklamy z empika.



10. Nie wysyłaj durnych snapów, bo i tak nikogo nie interesuje to, że twoje życie jest do dupy. I powiedzmy sobie szczerze, nie jest wcale tak źle. Po prostu lubisz wyolbrzymiać swoje małe tragedie. Módl się, żeby Twój przyszły chłopak to w tobie pokochał.



A teraz leć i ciesz się feriami, tak jak ja! (tak, zamierzam spędzić całe dwa tygodnie w łóżku).




niedziela, 7 lutego 2016

American Dream – ale o co w ogóle chodzi?

Każdy gimnazjalista/licealista/student doświadczył pewnie momentu w życiu, w którym siedział przy stole wigilijnym i padło to cudowne pytanie: co chcesz robić w przyszłości? Jakie liceum/studia/praca? I tu drogi są dwie, albo jesteś super zdecydowaną osobą, ze świetlaną przyszłością i ambicjami, lub takim kimś jak ja, czyli życiową pierdołą, która nie ma pojęcia co ze sobą zrobić. Yuppie!

Z tego względu, że jest tak, a nie inaczej, zaczęłam szukać czegokolwiek, co mogłoby uchronić mnie od podejmowania dojrzałych i poważnych decyzji. Na początku nie przejmowałam się tym aż tak bardzo, standardowy plan wyparcia studiów ze świadomości działał świetnie i nic mu nie zagrażało. Tak dotrwałam do listopada 2015, w ciągu którego dowiedziałam się o wymianie kulturowej do stanów i wtedy mi odbiło, dosłownie. Po trzech dniach zadecydowałam, że muszę tego spróbować i chociaż na początku nikt nie był za, tak teraz nikt nie jest przeciw. Jednak zacznijmy od początku.

Lecę z Katowic do Paryża albo z Paryża do Katowic. Jedno z dwóch...

Yess, wybieram się do Stanów Zjednoczonych. Szok? Dla mnie też. Jeszcze cztery miesiące temu nie miałam pojęcia kim jest Au Pair, a aktualnie mam już znalezioną (najprawdopodobniej) rodzinkę, u której będę mieszkać, wyrobiony nowy paszport i międzynarodowe prawo jazdy, a w przeciągu dwóch/trzech tygodni będę miała robione badania. 

W wielkim skrócie wygląda to tak, że jadę do host family, mieszkam u nich, chodzę do szkoły i zwiedzam, a na co dzień zajmuje się dzieciakami rodzinki. Brzmi prosto, ale wcale tak nie jest. Wchodzi w to mnóstwo załatwiania, poświęconego czasu, nerwów, potu i krwi. (Szczególnie jeśli jesteś totalnym beztalenciem i musisz nagrać filmik, serio). Jednakże jestem tutaj, czekam na e-maila od mojej przyszłej HM i odliczam dni do końca szkoły (zapomnijmy na chwilę o maturze, pls). 

Takim oto sposobem spędzę ponad rok w USA i naprawdę mi z tym dobrze. Nigdy nie chciałam być dorosłą i dalej nie chce. Życie z dala od wszystkiego co kocham będzie super trudnym testem i mam nadzieje, że razem będziemy doświadczać tego, jak bardzo go oblewam! 


czwartek, 4 lutego 2016

#Friendsday

Cukier, słodkości i różne śliczności! Oto przepis do stworzenia idealnych przyjaciółek... ops? 

No cóż... Nasza przyjaźń z pewnością nie opiera się na tego typu rzeczach. Jesteśmy na to zbyt głośne, nieczułe, impulsywne i bezmyślne. Nie przesadzam, naprawdę. Szczerze mówiąc to nawet nie wiem, dlaczego się ze sobą trzymamy. Sądzę, że jest to kwestia tego, że nie chce nam się tracić czasu na poznawanie nowych ludzi i powtarzania tego wszystkiego co robiłyśmy przez ostatnie sześć lat z kimś innym. Jak to się stało, że zaczęłyśmy ze sobą rozmawiać? Czuje, że to był z jednej strony przypadek, a z drugiej nie było nikogo więcej wartego uwagi w naszej gimnazjalnej klasie. Tak czy inaczej, jakoś tu jesteśmy, po tych kilku latach, przesiadując w Maku, kłócąc się o głupoty i zajawiając się samymi pierdołami. W sumie... nic się nie zmieniło. 

Supi, co? I tak tego nie nosimy.


Warto powiedzieć coś nie coś o nas, z mojego punktu widzenia (jestem pierwsza, mogę zacząć od moich żalów). Pierwszą do odstrzału będzie KW. Uwielbia ci przerywać w połowie wypowiedzi, zapomina zadzwonić chociaż obiecała i pierze ci mózg najgorszą muzyką na świecie, która po dniu czy dwóch zaczyna ci się naprawdę podobać. Jestem zaskoczona, że nie potrafię wymienić więcej jej wad... Jednak oprócz tego jest nienormalna, urocza i czasem zdarza się jej być kochaną. Wymyśla przezwiska, udaje, że interesuje ją co mówisz i zawsze jest gotowa wyjść z domu, kiedy tego potrzebujesz. (No może poza jednym razem, ale po studniówce mogę ci wybaczyć). Potajemnie wkrada się do mojej głowy i kradnie z niej słowa, ale to w porządku, bo wiem, że jest moją zaginioną niemiecką siostrą. 

KD... Niby taka podobna a zupełnie inna. Na pierwszy rzut oka kochane dzieciątko, z miłym, słodziutkim głosikiem i talentem artystycznym. Tak to wygląda, dopóki się nie odezwie. Przynajmniej dziesięć razy dziennie chce się zabić lub ponarzekać na swoich rodziców, nienawidzi szkoły i uwielbia ignorować wiadomości, których nie chce dopuścić do swojej głowy (ale na inne odpowiada! Moje kochane dziecko). Nigdy nie idzie do kasy w maku (i tak, to jest wielka rzecz) i pomimo tego, że ma miliony na kącie to nie ma iphona 6. Oprócz tego ślicznie rysuje i robi super zdjęcia. Uwielbia jeść i jest zawsze głodna, co jest bardzo ważnym kryterium w naszym związku.

Tak... Co do mnie, myślę, że kiedyś mnie przedstawią. Jestem najsłabszym ogniwem w tym trójkącie, ale cóż. Ktoś musi. 

Jesteśmy dziwne i nienormalne, ale taki nasz urok, a skoro już tu jesteś i to czytasz, to pewnie nie masz lepiej w głowie niż my. 

Tak naprawdę to was nie lubię.







sobota, 30 stycznia 2016

Pierwszy raz

Witamy wszystkich, którzy postanowili poświęcić swój czas i zechcieli odwiedzić naszego bloga, lub po prostu zabłądzili w internecie (tak wiem, nuda ssie). Jest to pierwszy oficjalny wpis, więc poświęcimy go na drobne wyjaśnienia, nie tylko odnośnie nas, ale także czego będzie dotyczyć. W całkowitym skrócie, będziemy publikować momenty z naszego żałosnego życia! Jeżeli jednak ktoś chciałby dowiedzieć się więcej, śmiało, żołnierzu, czytaj dalej.

Blog jest prowadzony przez trzy osoby. W zależności od tego, na jaki temat będzie wpis, będziemy się podpisywać własnymi inicjałami. Oczywiście będziemy go tworzyć wspólnie, ale każda z nas posiada swoją specjalizacje (czyli rzeczy, w których jesteśmy mniej beznadziejne niż zwykle). Nie będziemy jednie skupiać się na modzie i urodzie, ale zajmiemy się też fotografią, poradami i lifestylem, a czasem po prostu sobie z wami pogadamy, bo nie mamy innych przyjaciół. Jak już zauważyliście, jesteśmy zabawne... Potraktujcie to na pół serio!

Pokażmy wam, że nie potrafimy gotować, jesteśmy beznadziejne w sportach, udajemy, że nie dodajemy filtrów do zdjęć i że cały czas bardzo się staramy, ale w ogóle nam to nie wychodzi...

Jeżeli jesteście tak bardzo podekscytowani jak my, to go go! Obserwujcie nas i powiedzcie swoim znajomym o naszym super blogu.
~ Bye–bye ~






* Zdjęcie KD z lekcji włoskiego. (Nasz pilny uczeń...)
* Wpis: AS, KW (jesteśmy super.)